Road Trip # 3 przystanek w Oklahoma City i powrót do przeszłości

Oklahoma to był nasz ostatni przystanek w trakcie naszego teksańskiego road tripa. O mieście Oklahoma nie wiemy wiele, ale wiemy że stanowi dowód na prawdziwość mojej tezy o równaniu dobrego miasta: słońce + trochę wody, wokół której można pospacerować = szczęśliwi mieszkańcy. Wiemy gdzie miło spędzić czas. I wiemy, że przy odrobinie szczęścia mogłoby się dziś nazywać Sekwoja City.

Bricktown – bajka o trzech świnka

Pamiętam jak dziś kiedy w czasie naszego pobytu w Conway w stanie Arkansas, siedząc na kanapie w budynku z tektury, oglądałam z Igorem telewizję i puścili krótką, rysunkową wersję bajki o Trzech świnkach. Pamiętam, że nie mogłam przestać się śmiać a Igor złością się, bo chciał się dowiedzieć co mnie tak rozbawiło i kiedy się dowiedział był rozczarowany. Pamiętam jak opowiadałam to potem Grześkowi. Też się śmiał. Rozbawiła nas ironia tej sytuacji.

Pamiętasz tę bajkę? W skrócie: były trzy świnki. Szły na swoje więc budowały sobie domy. Jedna ze słomy, druga z desek a trzecia najstarsza z cegieł. Młodsze świnki po fajrancie śmiały się ze starszego brata, że pracuje jak frajer a one mogą się o… opalać. A potem przyszedł wilk, chuchnął i zdmuchnął domy dwóch młodszych świnek, które musiały szukać schronienia u przezornego, starszego brata.

W tej części Stanów domu z cegieł ze świecą szukać i wydawałoby się, że nie znają tu bajki o Trzech świnkach. Dlatego to, że puszczają ją w telewizji tak mnie zdziwiło. Więc znają tylko widocznie nie załapali morału, a może mało ich on obchodzi. Albo wyciągnęli inne wnioski: żeby się nie nadwyrężać skoro można skorzystać z pomocy innych. A może stąd ta moda na schrony? W każdym razie tu w inżynierii domowej króluje pragmatyzm, tak jak Grzesiek opowiadał przy okazji wizyty na ranczu w Kingston: coś co stoi, nie rozpada się (jeszcze) i pełni swoją funkcję jest dobre, a poprawianie tego to marnowanie czasu (więcej o Kingston: https://rodzinanomadow.pl/na-ranczu-w-kingston/).

A więc Bricktown – Miasto z cegieł jest tu czymś naprawdę wyjątkowym i zasługującym na uwagę. Umówmy się, na nas, starszych świnka z  Europy, cegły nie zrobią wrażenia, cegły ci u nas dostatek, choć samo Bricktown owszem może. Za sprawą miłych knajp i barów, spokojnej atmosfery, ciekawej zabudowy (z cegieł czy nie to jednak zupełnie innej i przyjemnej dla oka)  i możliwości spaceru nad wodą.

Wenecja na ziemi osadników

Oklahoma to dość młode miasto więc nie będzie miało czaru wiekowych weneckie uliczek, ale będzie miało kanały a raczej jeden kanał. Taki Grande. Bricktown Canal. W zasadzie nic takiego. Trochę wody w betonowej dziurze. Ale, choć nie wiem jak to jest, woda zawsze uspokaja (z wyjątkiem sztormu, tsunami i huraganu). Każdy człowiek ma chyba zaprogramowaną zdolność do nostalgii i popadania w błogostan na dźwięk szumu wody i na widok falujących odbitych na wodzie obrazów. Dlatego czy tu, czy w Dubaju (http://rodzinanomadow.pl/dubaj/) kopiemy doły,  zalewamy betonem a potem wodą, a na koniec w spokoju i z uśmiechem spacerujemy wokół tej wody, albo bierzemy kurs wodną taksówką.

Udajemy wielki świat w i tak nie tak małym mieście

W każdym stanowym mieście jest kapitol – budynek, w którym urzęduje rząd tego Stanu, wzorowany na Kapitolu waszyngtońskim. Możesz tam pojechać, zrobić zdjęcie i udawać przed znajomymi, że byłeś w Waszyngtonie, albo po prostu wyobrazić sobie jak mogłoby tam być (tylko że bez płotów i ochroniarzy). My tak zrobiliśmy już w Little Rock (stolica Stanu Arkansas) więc nie ma co powtarzać tego w mieście Oklahoma. Ale ty zawsze możesz spróbować tej udawanej teleportacji.

Z rzeczy których nie zrobiliśmy mogą cię zaciekawić jeszcze: Narodowe Muzeum Kowbojów i  Zachodniego Dziedzictwa (National Cowboy & Western Heritage Museum), Muzeum Nauki, Muzeum Osteologii (muzeum szkieletów) i Zoo, które uchodzi za najlepsze w tej części Stanów (pamiętając wizytę w Zoo w Memphis, jeśli tu jest lepiej to zdecydowanie polecamy). Gdybyś chciał dowiedzieć się więcej o tych atrakcjach cały akapit jest porządnie olinkowany.

Kusiło nas Muzeum Osteologii, ale po namyśle zwyciężył pomysł na odwiedzenie Oklahomskiego Muzeum Historii Naturalnej im. Sam’a Noble’a (autorskie tłumaczenie (jak większość na tej stronie) z: Sam Noble Oklahoma Museum of Natural History).

Powrót do przeszłości 1 – W krainie dinozaurów

No może nie jest to już Oklahoma City ale ciągle Oklahoma. Wyjazdu z miasta nawet nie zauważysz, bo to jedna aglomeracja. Tak jakbyś jechał z Gdyni do Sopotu, albo z Sosnowca do Dąbrowy Górniczej. Za wejście zapłacisz 8$ od osoby (dzieci 5$, do 4 lat za darmo) no chyba, że trafisz tu tak jak my w Święto Pracy (Labour Day) wtedy zapłacisz jeszcze mniej, a zobaczyć możesz sporo.

Np. szkielet mamuta, największą znalezioną dinozaurzą czaszkę, konkretnie czaszkę titanoceratopsa wraz z częściowo zrekonstruowanym szkieletem, szkielet tygrysa szablozębnego, tyranozaura (choć dość małego jak na tyranozaura), i innych zaurów oraz ości tajemniczych morskich potworów. Większość okazów jest autentyczna, obok każdej gabloty jest tabliczka z informacją, gdzie szkielet był znaleziony.

Jest też galeria poświęcona ewolucji, gdzie jest pokazane jak to się stało, że wyszliśmy z wody a potem zeszliśmy z drzewa. W galerii poświęconej ludowi Oklahomy zobaczysz indiański szałas, trochę wypchanych zwierzaków i kupisz wyprawione skóry od starej Indianki.

Muzeum gości wystawy czasowe. Kiedy my trafiliśmy do Norman, w Muzeum prezentował się titanoboa: wymarły gatunek węża, którego osobniki miały osiągać 15 m długości. Wystawa prezentowała model takiej bestii w skali 1:1, film dokumentalny i jedną niepozorną kość będącą kręgiem węża. Kość była wielkości spodka od filiżanki i miała stanowić dowód na istnienie tego przewęża. Niespecjalnie przekonujące co? Dopiero w zestawieniu z odpowiednią kością anakondy, trochę większą od 5 złotówki, działa na wyobraźnię

Dodatkowo przed budynkiem znajduje się galeria potentatów przemysłu olejowego, przynajmniej tak podają na stronie internetowej, bo my tam nie trafiliśmy, ale nie jest nam z tego powodu specjalnie przykro.

Stosunek ceny do fajności muzeum jest bardzo dobry. Świetna zabawa dla całej rodziny, zwłaszcza jeśli w rodzinie są chłopcy (też mentalni chłopcy, którzy pamiętają Jurassic Park).

Powrót do przeszłości 2 – czyli Dlaczego Oklahoma jest Oklahomą a nie Sekwoją, Czikasawowie grają w baseball, a po plemieniu Czirokezów został tylko Jeep Cherokee (który w dodatku łapie zadyszkę jadąc pod górę)

Centennial Land Run Monument czyli Pomnik Stulecia Biegu po ziemię to 45 pojedynczych rzeźb poustawianych na długości ponad 100 metrów. Pomnik upamiętnia zasiedliny ziemi, na której zaraz potem powstało Oklahoma City – Bieg po ziemię.

Amerykanie mają niezwykłą zdolność nadawania prostych i obrazowych nazw przedmiotom, gatunków zwierząt czy wydarzeniom. I tak, catfish czyli ryba-kot to sum, fireman to facet od pożarów, a Land Run to Bieg po ziemię czyli wyścig, którego zwycięzcy dostają ziemię. Z reguły historia nie lubi skrótów, ale w tym przypadku ona sama zrobiła skrót i proces osiedlania się miasta, który zwykle trwa wiele lat upchnęła w kilku godzinach.

Wygląda to tak, że Prezydent ogłasza, że z dniem takim a takim ziemia zostanie otwarta na zasiedlenie, a wtedy osadnicy ruszają na koniach i wozach, tratując się i ścigając by tą ziemię jak najszybciej proklamować jako swoją własność. I taki właśnie obraz pędzących osadników przedstawia pomnik. Kiedy przyglądałam się tym złapanym w galopie koniom, spadającym z głów kowbojów kapeluszom i ich zastygłym w napięciu i brązie twarzach, nie znając tej historii myślałam, że musieli uciekać przed czymś straszliwy. Tymczasem był to prawdziwy wyścig po nowe życie, w którym wzięło udział 50 tys ludzi. Był rok 1889, 22 kwietnia.

No dobrze, ale może zastanawia cię skąd Prezydent w 1889 roku wziął jeszcze wolny kawałek ziemi? Tego pomnik nie przedstawia, nie przedstawiają tego za bardzo filmy, nawet muzea prezentują to tylko zdawkowo. Historia trudnej walki osadników o byt, których ciężka praca zostaje nagrodzona nabyciem za bezcen własnego kawałka ziemi to piękna historia o spełniających się marzeniach. Amerykański sen. A historia poprzednich mieszkańców, którym odbiera się tą ziemię, których skazuje się na wygnanie i upadek już do koncepcji amerykańskiego snu nie pasuje.

Oklahoma była ostatnim przyczółkiem Indian. I tak nie była to już ich ojczysta ziemia, zostali tu przesiedleni przymusowo i w złych warunkach, bo musieli zrobić miejsce dla ciągle napływających osadników, albo akurat na ich ziemiach znajdowały się złoża ropy. Do Oklahomy, która miała być tzw Terytorium Indiańskim trafili po kilkuletniej czasem wędrówce Szlakiem łez. Część z nich np. około ¼ Czejenów okupiło tą wędrówkę życiem.

Terytorium Indiańskie miało być ziemią przeznaczoną na ich wyłączne osadnictwo, ale amerykański sen się rozrastał i trzeba było więcej ziemi, albo gdzieś odkryto złoża złota. Indianie widząc na co się zanosi podjęli ostatnią próbę obrony resztek swojej kultury i zaproponowali by Terytorium Indiańskie przekształcić w Stan Sekwoja (nie, nie od nazwy drzewa, tylko od imienia Czirokeza, który był twórca alfabetu języka swojego plemienia. Gatunek drzewa zresztą też nazwano od jego imienia) i wcielić nowy Stan do Unii. Kongres odpowiedział “nie, dzięki” tylko pewnie bardziej dyplomatycznie. I powoli odkrajał kolejne fragmenty Terytorium Indiańskiego a Prezydent ogłaszał na nich bieg po ziemię.

Więc te pozostałe ¾ plemienia musiało się znowu przenosić by zrobić miejsce pod amerykański sen. I tego nie ma w filmie Za horyzontem, w którym dzielny bezrolny irlandczyk grany przez Toma Crusea, któremu ojciec na łożu śmierci mówi, że człowiek bez ziemi to człowiek bez duszy, oraz że jego przeznaczeniem jest zdobyć ziemię, spełnia to przeznaczenia biegnąc po ziemię w Oklahomie z piękną Nicole Kidman. Nie ma w tym filmie słowa, o tym, że żeby ci szlachetni i dzielni osadnicy mogli odzyskać swoje dusze, tysiące Indian musiało najpierw te dusze stracić.

Zobaczysz za to pomnik Indianina koło kanału Bricktown, stadion baseballa mianowany od nazwy plemienia Cziksawów, znajdziesz wiele barów i sklepów, których nazwy odwołują się do indiańskich korzeni.

To w skrócie. Tak jak pisałam historia skrótów nie lubi, bo na pewno w większości osadnikami byli rzeczywiście poczciwi i pracowici ludzie, którzy pewnie nawet nie zdawali sobie sprawy, z tego że ktoś kiedyś może zasiedlał te ziemie. Ale oglądając pomnik pędzących kowbojów, którzy potem tworzyli to całkiem miłe miasto warto się zastanowić jak mogłoby wyglądać Sekwoja City, stolica Stanu Sekwoja.

 

Sylwia Kołpuć
Sylwia Kołpuć
spostrzegawcza, trochę nieśmiała, podatna na nastroje i klimaty, ze skłonnościami do zachwytu i melancholii, autorka większości tekstów na blogu

4 Komentarze

  1. Places and Plants Blog napisał(a):

    Świetny wpis! Dużo się dowiedziałam – chętnie zobaczyłabym szkielety i tego węża. Pomnik – masakra. W kontekście historii. W ogóle uważam, że USA nie jest rozliczone ze swojej przeszłości, a ingeruje w wiele innych krajów pod hasłem obrony łamania praw etc Mówi się o rasizmie w kontekście afroamerykanów, a o Indianach co? Chyba nadal są uważani za – nie wiem – trzecią kategorię, że nawet gadać nie warto. Oglądałam o tym kiedyś dokument i mnie aż zczyściło.

  2. Pasjonujące historie i piękne miejsca 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *